-3-
Do jadalni prowadził długi, wąski korytarz, po którego obu stronach były drewniane ściany, które przyozdobione były średniej wielkości obrazami, ukazującymi zwierzęta. Z każdym kolejnym krokiem, a tym samym skrzypnięciem podłogi, coraz wyraźniej można było wyczuć zapach pieczywa oraz herbaty. Byłam spóźniona już dziesięć minut, i miałam nadzieję, że Pani Elisabeth za to nie będzie się mnie czepiała. Z szybszym biciem serca przekroczyłam próg pomieszczenia, a moim oczom ukazała się długa kolejka, która w dość szybkim tempie zmniejszała się i nim się obejrzałam, była moja kolej. Za długim stołem stała miło wyglądająca Pani, która nie mogła mieć więcej niż 30 lat, mimo tego na jej twarzy widać było zmęczenie. Jej zielone oczy przyglądały mi się z zastanowieniem, kiedy szybkim ruchem ręki odgarnęła rudy kosmyk włosów. Po chwili uśmiechnęła się w moją stronę.
- Nie kojarzę cię, musisz więc być nowa - zagaiła, a w jej głosie mogłam wyczuć nutkę współczucia.
- Tak, jestem... nowa - rzuciłam niezręcznie, zastanawiając się nad brzmieniem słowa "nowa", które w tej sytuacji wydawało mi się kompletnie nieodpowiednie. Na szczęście kobieta nie wdawała się w większą rozmowę i nałożyła mi na talerz jakąś ładnie pachnącą, brązową paćkę.
- Weź dwie bułki, i herbatę, jeśli chcesz - poinformowała, wskazując na pomarańczowy kosz z pieczywem, za którym stała miska z żółtymi kostkami masła. Zrobiłam więc, jak mi kazała, i rozejrzałam się, szukając jakiegoś wolnego miejsca, jednak w tym tłumie ciężko było coś dostrzec.
- Lisa! - usłyszałam z odległego końca sali, więc stanęłam na palcach, by dostrzec osobę, która mnie wołała. Po chwili jednak uświadomiłam sobie, że nikt mnie tu nie zna. Nikt oprócz Jeffreya i Lauren, a że był to męski głos, musiał należeć właśnie do Jeffreya, a gdy po chwili zobaczyłam go stojącego i uśmiechającego się w moim kierunku, wiedziałam, że miałam rację. Powolnym krokiem ruszyłam więc w jego stronę, ostrożnie mijając stoliki i osoby, które w spokoju spożywały przy nich posiłek.
- Widzę, że dotarłaś - powiedział, jednak jego głos był słabo słyszalny, zważywszy na gwar tutaj panujący, i na nagłe trzaśnięcie drzwiami, które zwróciło moją uwagę. - Właśnie dlatego mówiłem, że nie masz się spóźnić, po 15 minutach zamykają drzwi i nikt już nie może wejść - wyjaśnił, biorąc z mich rąk tackę, i kładąc ją na blacie.
- Siadaj, zanim ktoś ci się wepcha.
Zrobiłam więc co powiedział, i tępym nożem - czego można było się spodziewać - przekroiłam bułkę na pół.
- Dzięki, że mnie zawołałeś, gdyby nie to, pewnie nie miałabym gdzie siedzieć - rzuciłam, uśmiechając się delikatnie.
- Drobiazg - powiedział, bacznie mi się przyglądając, przez co poczułam się bardzo niezręcznie.
- Mam coś na...
- Nie, nie, nie, przepraszam, nie powinienem...
- Nie, w porządku, tylko to trochę krępujące - wyjaśniłam, śmiejąc się nerwowo.
- Obiecuję, że się poprawię - uśmiechnął się i biorąc w rękę okrągłe pieczywo, spuścił swój niesamowicie brązowy wzrok.
niedziela, 10 listopada 2013
niedziela, 6 października 2013
-2-
Kiedy wieczorem przekroczyłam próg domu dziecka, pani Elisabeth czekała na mnie, śląc mi rozzłoszczone spojrzenie. Spojrzałam na nią, zastanawiając się, o co może jej chodzić, przecież nic złego nie zrobiłam. A przynajmniej tak mi się wydawało.
- Myślisz, że możesz sobie tak wyjść, oddalić się, nie mówiąc o tym nikomu? – zaczęła swój wywód. – A gdyby coś ci się stało, nikt nie wiedziałby gdzie jesteś, co wtedy? Cała odpowiedzialność spadłaby na nas, już nie możesz sobie od tak wyjść, wrócić kiedy chcesz, to są inne realia. Następnym razem zgłaszaj to wychowawczyniom albo mi – ciągnęła dalej. – Idź do siebie, za pół godziny kolacja – dodała na koniec.
Zrobiłam więc, co mi kazała, a kiedy weszłam do pokoju przywitał mnie złośliwy uśmieszek Lauren.
- Od początku łamiesz regulamin? Nie wróży to dla ciebie dobrze, ale rób co chcesz, nie moja sprawa – rzuciła udawanym, zatroskanym tonem.
- O co ci właściwie chodzi, co?
Podeszłam do swojego łóżka, po czym usiadłam na nim, zwracając twarz w stronę mojej „koleżanki”.
- O nic - padła krótka odpowiedź. – Zupełnie o nic.
Ta, ciekawe. - Dobra, nieważne – rzuciłam, rozkładając ręce. – Ale mogłabyś się ode mnie odczepić.
- Jak chcesz – spojrzała na zegar, który wisiał na przeciwległej ścianie. – Idę na kolację, ty rób co chcesz – dodała, tym samym wstając i podchodząc do drzwi. – A jak wyjdziesz, to racz zakluczyć pokój, chyba, że chcesz, żeby ktoś grzebał w twoich rzeczach.
Rzuciła na koniec i już jej nie było.
- Myślisz, że możesz sobie tak wyjść, oddalić się, nie mówiąc o tym nikomu? – zaczęła swój wywód. – A gdyby coś ci się stało, nikt nie wiedziałby gdzie jesteś, co wtedy? Cała odpowiedzialność spadłaby na nas, już nie możesz sobie od tak wyjść, wrócić kiedy chcesz, to są inne realia. Następnym razem zgłaszaj to wychowawczyniom albo mi – ciągnęła dalej. – Idź do siebie, za pół godziny kolacja – dodała na koniec.
Zrobiłam więc, co mi kazała, a kiedy weszłam do pokoju przywitał mnie złośliwy uśmieszek Lauren.
- Od początku łamiesz regulamin? Nie wróży to dla ciebie dobrze, ale rób co chcesz, nie moja sprawa – rzuciła udawanym, zatroskanym tonem.
- O co ci właściwie chodzi, co?
Podeszłam do swojego łóżka, po czym usiadłam na nim, zwracając twarz w stronę mojej „koleżanki”.
- O nic - padła krótka odpowiedź. – Zupełnie o nic.
Ta, ciekawe. - Dobra, nieważne – rzuciłam, rozkładając ręce. – Ale mogłabyś się ode mnie odczepić.
- Jak chcesz – spojrzała na zegar, który wisiał na przeciwległej ścianie. – Idę na kolację, ty rób co chcesz – dodała, tym samym wstając i podchodząc do drzwi. – A jak wyjdziesz, to racz zakluczyć pokój, chyba, że chcesz, żeby ktoś grzebał w twoich rzeczach.
Rzuciła na koniec i już jej nie było.
sobota, 14 września 2013
Rozdział I
-1-
Położyłam swoją czarną walizkę na twardym łóżku. Było w niej wszystko, czego potrzebowałam, a rzeczy, które nie były mi już potrzebne, zostały sprzedane. Chociaż mówiąc, że nie były mi potrzebne jest raczej błędne, po prostu ich już nie chciałam. Wiązało się z nimi zbyt wiele wspomnień. Ja na razie wolałam nie wspominać. To przynosiło zbyt wiele bólu. Może lepiej byłoby je po prostu schować, jak twierdziła większość moich dawnych znajomych, ale nie dla mnie. Wyjęłam z torby zdjęcie i usiadłam na łóżku. Jedna łza opadła na twarz mojej matki, więc szybko ją starłam, chowając zdjęcie do jednej z szuflad szafki nocnej. Nie mogłam teraz płakać. W każdym momencie mogła wejść osoba, z którą dzielę pokój, nie chciałam, by zobaczyła mnie w takim stanie. Przynajmniej teraz, kiedy jeszcze jej nie znam. Zajęłam się więc wypakowywaniem reszty rzeczy, by mieć to w końcu z głowy i móc iść się przewietrzyć. Kiedy wkładałam ubrania do szafy, usłyszałam pukanie do drzwi – dobre i to, nie wchodzą bez pozwolenia.
- Proszę – rzuciłam cicho, nie przerywając wykonywanej czynności.
- Witaj, skarbie – cichy i ciepły głos dotarł do moich uszu. Odwróciłam się na pięcie i ujrzałam starszą, drobnej postury kobietę w wyciągniętym, kremowym sweterku. Włosy miała przyprószone siwizną, a okulary co jakiś czas opadały jej na nos.
- Dzień dobry – odpowiedziałam. – O co chodzi? – zapytałam wprost.
- Kiedy skończysz, proszę, przyjdź do mojego gabinetu, chciałabym chwilkę z tobą porozmawiać – wyjaśniła. – Znajdziesz go na końcu korytarza, drzwi będą otwarte – dodała szybko, gestykulując. No to nici ze spaceru.
- Dobrze, pani…
- Smith – rzuciła. – Elisabeth Smith – przedstawiła się, po czym szybko opuściła pokój, dając mi chwilę na ułożenie ostatnich rzeczy.
Kiedy skończyłam podeszłam do okna i otworzyłam je, wychylając się lekko. Przede mną rozciągała się mała łąka, za nią widniał las, który zdawał się nie mieć końca. Gdzieś po prawej stronie polany bawiło się kilka dzieci, to skakali na skakance, to grali w piłkę, a niektóre z nich po prostu stały, przypatrując się innym. Wydawało się, że żyją beztrosko, jak każde inne dzieci, prawda była jednak inna, każde z nich zostało okrutnie doświadczone przez los, z tą różnicą, że ich historie różniły się od siebie. Każde z nich nosiło swój ciężar, inny od pozostałych.
- I co, podoba ci się? – usłyszałam za sobą.
Nie odwróciłam się, dalej wyglądałam na zewnątrz, pozwalając wiatrowi bawić się moimi włosami.
- Wątpię, że takie miejsce podoba się komukolwiek – odpowiedziałam. – Wiem, że niektórzy mieszkają tu od urodzenia, dla nich to ich prawdziwy dom, ale dla nas, dla tych, którzy mieli przedtem inne życie, to miejsce jest jak więzienie.
- Trafiłaś tu dopiero dzisiaj, a już filozofujesz – jej słowom towarzyszył cichy, szyderczy śmiech. – Nie rób tego – dodała jakby ostrzegawczo.
Wypuściłam ciężko powietrze, zastanawiając się, o co jej chodzi, ale nie odezwałam się ani słowem. Zamknęłam po prostu okno i, nie zerkając na nią, wyszłam z pokoju, by porozmawiać z panią Smith.
Weszłam do pomieszczenia i zajęłam miejsce naprzeciwko starszej pani. Przez chwilę patrzyła na mnie, dokładnie studiując moją twarz, by po chwili otworzyć usta.
- Poznałaś już Lauren? – zapytała, ściskając w ręce gumową piłeczkę.
- Moją… współlokatorkę? – powiedziałam, nie bardzo wiedząc, jak ująć osobę, z którą byłam w pokoju. Współlokatorka wydawało mi się dziwnym słowem, zważywszy na miejsce i sytuację.
- Tak – padła krótka odpowiedź.
- Poznałam, jest bardzo serdeczna – rzuciłam z sarkazmem.
- Nie jest ona taka, jak ci się wydaje. Po prostu nie lubi… nowych osób. Mam nadzieję, że później się dogadacie. Ale nie o tym chciałam rozmawiać, raczej o obowiązkach i zasadach tutaj panujących.
- No więc słucham.
- Po pierwsze, nie tolerujemy kłótni, bijatyk, picia alkoholu i palenia papierosów, a już tym bardziej narkotyków. Wiele osób z takich placówek sięga po to, ale nie radzę ci tego robić.
- To zrozumiałe – przyznałam jej rację. Dobrze rozumiałam, że każda z tym opcji jest tylko czasowym „rozwiązaniem” problemów.
- Poza tym, nie wolno się wam posługiwać młodszymi, pomiatać nimi, szanujemy się tu wszyscy, niezależnie od wieku. Teraz kwestia obowiązków. Czasami, gdy pracownicy będą zajęci, albo nie będzie ich tutaj, wy – starsi, zajmujecie się młodszymi, pilnujecie by nic się im nie stało. Dbacie o porządek w pokojach, wiadomo. Cisza nocna trwa od dwudziestej drugiej do szóstej, w tym czasie nikt nie może wychodzić ze swoich pokoi, chyba, że mu pozwolę, rozumiesz?
Skinęłam twierdząco głową.
- To dobrze. I ostatnie… nie wyobrażaj sobie, że będziesz traktowana ulgowo, bo jesteś tutaj nowa, to nie ma nic do rzeczy – dodała. – Teraz możesz się oddalić, chyba, że masz jakieś pytania.
- Nie mam – powiedziałam wstając z krzesła i skierowałam się do drzwi.
Okropna osoba, a wydawała się być taka miła. Cóż, pozory mylą. Musiałam ochłonąć. Weszłam do pokoju, chwyciłam płaszcz, po czym szybkim krokiem wyszłam na zewnątrz, ostrożnie schodząc po śliskich schodach, ktoś powinien posypać je solą bądź piachem.
- Nie myśl, że dalej jest lepiej – wysoki, dobrze zbudowany brunet zmierzał w moim kierunku. Podał mi rękę, pomagając zejść, jako że schody miały kilka stopni i były bez poręczy, szło mi to naprawdę mozolnie.
- Dzięki za ostrzeżenie i pomoc w zejściu – uśmiechnęłam się nieśmiało w jego kierunku.
- Uważaj, żeby dzieciaki cię nie potrąciły, często im się to przydarza.
- Dobrze wiedzieć - zaśmiałam się. – Jestem Lisa.
- Jeffrey. Do zobaczenia na kolacji, tylko się nie spóźnij – rzucił, po czym minął mnie, z wprawą wchodząc po oblodzonych schodach.
Jasne, do zobaczenie na pierwszej, wspólnej kolacji wśród ludzi, których nie znam. Będzie miło. Zwłaszcza, jak będziesz patrzył na mnie jak na pokrakę.
Pokręciłam głową i skierowałam się za budynek, gdzie była ścieżka prowadząca do lasu, chyba jedynego, spokojnego miejsca w tej okolicy. Miasto wcale nie było lepsze, mimo tego, że było małe, to tętniło w nim życiem. Normalnie cieszyłabym się tym. Jeszcze do niedawna lubiłam się bawić, wychodzić ze znajomymi do różnych klubów, tańczyć całą noc, śmiać się z byle powodu nie myśląc o niczym, nie martwiąc się, co przyniesie kolejny dzień. Ale teraz, dzisiaj, jutro, za miesiąc? Kiedy moja przyszłość jest niepewna, kiedy nie wiem, gdzie będę mieszkać kiedy skończę osiemnaście lat? To za bardzo mnie męczyło.
Położyłam swoją czarną walizkę na twardym łóżku. Było w niej wszystko, czego potrzebowałam, a rzeczy, które nie były mi już potrzebne, zostały sprzedane. Chociaż mówiąc, że nie były mi potrzebne jest raczej błędne, po prostu ich już nie chciałam. Wiązało się z nimi zbyt wiele wspomnień. Ja na razie wolałam nie wspominać. To przynosiło zbyt wiele bólu. Może lepiej byłoby je po prostu schować, jak twierdziła większość moich dawnych znajomych, ale nie dla mnie. Wyjęłam z torby zdjęcie i usiadłam na łóżku. Jedna łza opadła na twarz mojej matki, więc szybko ją starłam, chowając zdjęcie do jednej z szuflad szafki nocnej. Nie mogłam teraz płakać. W każdym momencie mogła wejść osoba, z którą dzielę pokój, nie chciałam, by zobaczyła mnie w takim stanie. Przynajmniej teraz, kiedy jeszcze jej nie znam. Zajęłam się więc wypakowywaniem reszty rzeczy, by mieć to w końcu z głowy i móc iść się przewietrzyć. Kiedy wkładałam ubrania do szafy, usłyszałam pukanie do drzwi – dobre i to, nie wchodzą bez pozwolenia.
- Proszę – rzuciłam cicho, nie przerywając wykonywanej czynności.
- Witaj, skarbie – cichy i ciepły głos dotarł do moich uszu. Odwróciłam się na pięcie i ujrzałam starszą, drobnej postury kobietę w wyciągniętym, kremowym sweterku. Włosy miała przyprószone siwizną, a okulary co jakiś czas opadały jej na nos.
- Dzień dobry – odpowiedziałam. – O co chodzi? – zapytałam wprost.
- Kiedy skończysz, proszę, przyjdź do mojego gabinetu, chciałabym chwilkę z tobą porozmawiać – wyjaśniła. – Znajdziesz go na końcu korytarza, drzwi będą otwarte – dodała szybko, gestykulując. No to nici ze spaceru.
- Dobrze, pani…
- Smith – rzuciła. – Elisabeth Smith – przedstawiła się, po czym szybko opuściła pokój, dając mi chwilę na ułożenie ostatnich rzeczy.
Kiedy skończyłam podeszłam do okna i otworzyłam je, wychylając się lekko. Przede mną rozciągała się mała łąka, za nią widniał las, który zdawał się nie mieć końca. Gdzieś po prawej stronie polany bawiło się kilka dzieci, to skakali na skakance, to grali w piłkę, a niektóre z nich po prostu stały, przypatrując się innym. Wydawało się, że żyją beztrosko, jak każde inne dzieci, prawda była jednak inna, każde z nich zostało okrutnie doświadczone przez los, z tą różnicą, że ich historie różniły się od siebie. Każde z nich nosiło swój ciężar, inny od pozostałych.
- I co, podoba ci się? – usłyszałam za sobą.
Nie odwróciłam się, dalej wyglądałam na zewnątrz, pozwalając wiatrowi bawić się moimi włosami.
- Wątpię, że takie miejsce podoba się komukolwiek – odpowiedziałam. – Wiem, że niektórzy mieszkają tu od urodzenia, dla nich to ich prawdziwy dom, ale dla nas, dla tych, którzy mieli przedtem inne życie, to miejsce jest jak więzienie.
- Trafiłaś tu dopiero dzisiaj, a już filozofujesz – jej słowom towarzyszył cichy, szyderczy śmiech. – Nie rób tego – dodała jakby ostrzegawczo.
Wypuściłam ciężko powietrze, zastanawiając się, o co jej chodzi, ale nie odezwałam się ani słowem. Zamknęłam po prostu okno i, nie zerkając na nią, wyszłam z pokoju, by porozmawiać z panią Smith.
Weszłam do pomieszczenia i zajęłam miejsce naprzeciwko starszej pani. Przez chwilę patrzyła na mnie, dokładnie studiując moją twarz, by po chwili otworzyć usta.
- Poznałaś już Lauren? – zapytała, ściskając w ręce gumową piłeczkę.
- Moją… współlokatorkę? – powiedziałam, nie bardzo wiedząc, jak ująć osobę, z którą byłam w pokoju. Współlokatorka wydawało mi się dziwnym słowem, zważywszy na miejsce i sytuację.
- Tak – padła krótka odpowiedź.
- Poznałam, jest bardzo serdeczna – rzuciłam z sarkazmem.
- Nie jest ona taka, jak ci się wydaje. Po prostu nie lubi… nowych osób. Mam nadzieję, że później się dogadacie. Ale nie o tym chciałam rozmawiać, raczej o obowiązkach i zasadach tutaj panujących.
- No więc słucham.
- Po pierwsze, nie tolerujemy kłótni, bijatyk, picia alkoholu i palenia papierosów, a już tym bardziej narkotyków. Wiele osób z takich placówek sięga po to, ale nie radzę ci tego robić.
- To zrozumiałe – przyznałam jej rację. Dobrze rozumiałam, że każda z tym opcji jest tylko czasowym „rozwiązaniem” problemów.
- Poza tym, nie wolno się wam posługiwać młodszymi, pomiatać nimi, szanujemy się tu wszyscy, niezależnie od wieku. Teraz kwestia obowiązków. Czasami, gdy pracownicy będą zajęci, albo nie będzie ich tutaj, wy – starsi, zajmujecie się młodszymi, pilnujecie by nic się im nie stało. Dbacie o porządek w pokojach, wiadomo. Cisza nocna trwa od dwudziestej drugiej do szóstej, w tym czasie nikt nie może wychodzić ze swoich pokoi, chyba, że mu pozwolę, rozumiesz?
Skinęłam twierdząco głową.
- To dobrze. I ostatnie… nie wyobrażaj sobie, że będziesz traktowana ulgowo, bo jesteś tutaj nowa, to nie ma nic do rzeczy – dodała. – Teraz możesz się oddalić, chyba, że masz jakieś pytania.
- Nie mam – powiedziałam wstając z krzesła i skierowałam się do drzwi.
Okropna osoba, a wydawała się być taka miła. Cóż, pozory mylą. Musiałam ochłonąć. Weszłam do pokoju, chwyciłam płaszcz, po czym szybkim krokiem wyszłam na zewnątrz, ostrożnie schodząc po śliskich schodach, ktoś powinien posypać je solą bądź piachem.
- Nie myśl, że dalej jest lepiej – wysoki, dobrze zbudowany brunet zmierzał w moim kierunku. Podał mi rękę, pomagając zejść, jako że schody miały kilka stopni i były bez poręczy, szło mi to naprawdę mozolnie.
- Dzięki za ostrzeżenie i pomoc w zejściu – uśmiechnęłam się nieśmiało w jego kierunku.
- Uważaj, żeby dzieciaki cię nie potrąciły, często im się to przydarza.
- Dobrze wiedzieć - zaśmiałam się. – Jestem Lisa.
- Jeffrey. Do zobaczenia na kolacji, tylko się nie spóźnij – rzucił, po czym minął mnie, z wprawą wchodząc po oblodzonych schodach.
Jasne, do zobaczenie na pierwszej, wspólnej kolacji wśród ludzi, których nie znam. Będzie miło. Zwłaszcza, jak będziesz patrzył na mnie jak na pokrakę.
Pokręciłam głową i skierowałam się za budynek, gdzie była ścieżka prowadząca do lasu, chyba jedynego, spokojnego miejsca w tej okolicy. Miasto wcale nie było lepsze, mimo tego, że było małe, to tętniło w nim życiem. Normalnie cieszyłabym się tym. Jeszcze do niedawna lubiłam się bawić, wychodzić ze znajomymi do różnych klubów, tańczyć całą noc, śmiać się z byle powodu nie myśląc o niczym, nie martwiąc się, co przyniesie kolejny dzień. Ale teraz, dzisiaj, jutro, za miesiąc? Kiedy moja przyszłość jest niepewna, kiedy nie wiem, gdzie będę mieszkać kiedy skończę osiemnaście lat? To za bardzo mnie męczyło.
sobota, 31 sierpnia 2013
Prolog
Witam wszystkich na moim blogu. Mam nadzieję, że postanowicie zostać tu na dłużej. Historia, którą chcę Wam przedstawić od dłuższego czasu chodziła mi po głowie, no i w końcu postanowiłam przenieść swoje myśli na klawiaturę. Kolejne rozdziały będę wstawiała tak szybko, jak tylko będę mogła, nie obiecuję, że będą pojawiały się regularnie, ale postaram się, by tak właśnie było.
Tymczasem przedstawiam Wam bardzo krótki prolog. Miłego czytania :)
PROLOG
Dom w Paradise był dość dużym budynkiem, otaczanym przez
drzewa i nieliczne krzewy. Prowadziła do
niego wąska ścieżka, która przecinała prawą i lewą stronę zaniedbanego ogrodu.
Jak mniemam od dłuższego czasu nikt się nim nie zajmował, albo po prostu robił
to bardzo niedbale, byleby mieć kłopot z głowy. Na płaskim dachu budynku można
było zauważyć cienką warstwę białego puchu,
która dodawała koloru szarym murom. Latem zapewne jest tu ładniej, bo
teraz, z gołymi koronami drzew, bez niczego, co dodawałoby uroku temu miejscu,
jest po prostu okropnie i strasznie. O wiele bardziej wolałam miejsce, w którym
mieszkałam jeszcze do niedawna. Nie było ono specjalnie piękne, ale było tam
wszystko, czego potrzebowałam. W niewielkim ogródku zawsze było kolorowo, mama
sadziła tam wiele kwiatów, w dodatku podwórko otaczał idealnie zielony
żywopłot, który olśniewał swoim kolorem nawet zimą, kiedy inne rośliny marzły
albo opadały z liści. Ale przede wszystkim, była tam rodzina. Rodzina, której
już nie mam i której nie odzyskam. A to jest mój nowy dom. Dom dziecka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)