Kiedy wieczorem przekroczyłam próg domu dziecka, pani Elisabeth czekała na mnie, śląc mi rozzłoszczone spojrzenie. Spojrzałam na nią, zastanawiając się, o co może jej chodzić, przecież nic złego nie zrobiłam. A przynajmniej tak mi się wydawało.
- Myślisz, że możesz sobie tak wyjść, oddalić się, nie mówiąc o tym nikomu? – zaczęła swój wywód. – A gdyby coś ci się stało, nikt nie wiedziałby gdzie jesteś, co wtedy? Cała odpowiedzialność spadłaby na nas, już nie możesz sobie od tak wyjść, wrócić kiedy chcesz, to są inne realia. Następnym razem zgłaszaj to wychowawczyniom albo mi – ciągnęła dalej. – Idź do siebie, za pół godziny kolacja – dodała na koniec.
Zrobiłam więc, co mi kazała, a kiedy weszłam do pokoju przywitał mnie złośliwy uśmieszek Lauren.
- Od początku łamiesz regulamin? Nie wróży to dla ciebie dobrze, ale rób co chcesz, nie moja sprawa – rzuciła udawanym, zatroskanym tonem.
- O co ci właściwie chodzi, co?
Podeszłam do swojego łóżka, po czym usiadłam na nim, zwracając twarz w stronę mojej „koleżanki”.
- O nic - padła krótka odpowiedź. – Zupełnie o nic.
Ta, ciekawe. - Dobra, nieważne – rzuciłam, rozkładając ręce. – Ale mogłabyś się ode mnie odczepić.
- Jak chcesz – spojrzała na zegar, który wisiał na przeciwległej ścianie. – Idę na kolację, ty rób co chcesz – dodała, tym samym wstając i podchodząc do drzwi. – A jak wyjdziesz, to racz zakluczyć pokój, chyba, że chcesz, żeby ktoś grzebał w twoich rzeczach.
Rzuciła na koniec i już jej nie było.