Witam wszystkich na moim blogu. Mam nadzieję, że postanowicie zostać tu na dłużej. Historia, którą chcę Wam przedstawić od dłuższego czasu chodziła mi po głowie, no i w końcu postanowiłam przenieść swoje myśli na klawiaturę. Kolejne rozdziały będę wstawiała tak szybko, jak tylko będę mogła, nie obiecuję, że będą pojawiały się regularnie, ale postaram się, by tak właśnie było.
Tymczasem przedstawiam Wam bardzo krótki prolog. Miłego czytania :)
PROLOG
Dom w Paradise był dość dużym budynkiem, otaczanym przez
drzewa i nieliczne krzewy. Prowadziła do
niego wąska ścieżka, która przecinała prawą i lewą stronę zaniedbanego ogrodu.
Jak mniemam od dłuższego czasu nikt się nim nie zajmował, albo po prostu robił
to bardzo niedbale, byleby mieć kłopot z głowy. Na płaskim dachu budynku można
było zauważyć cienką warstwę białego puchu,
która dodawała koloru szarym murom. Latem zapewne jest tu ładniej, bo
teraz, z gołymi koronami drzew, bez niczego, co dodawałoby uroku temu miejscu,
jest po prostu okropnie i strasznie. O wiele bardziej wolałam miejsce, w którym
mieszkałam jeszcze do niedawna. Nie było ono specjalnie piękne, ale było tam
wszystko, czego potrzebowałam. W niewielkim ogródku zawsze było kolorowo, mama
sadziła tam wiele kwiatów, w dodatku podwórko otaczał idealnie zielony
żywopłot, który olśniewał swoim kolorem nawet zimą, kiedy inne rośliny marzły
albo opadały z liści. Ale przede wszystkim, była tam rodzina. Rodzina, której
już nie mam i której nie odzyskam. A to jest mój nowy dom. Dom dziecka.