-1-
Położyłam swoją czarną walizkę na twardym łóżku. Było w niej wszystko, czego potrzebowałam, a rzeczy, które nie były mi już potrzebne, zostały sprzedane. Chociaż mówiąc, że nie były mi potrzebne jest raczej błędne, po prostu ich już nie chciałam. Wiązało się z nimi zbyt wiele wspomnień. Ja na razie wolałam nie wspominać. To przynosiło zbyt wiele bólu. Może lepiej byłoby je po prostu schować, jak twierdziła większość moich dawnych znajomych, ale nie dla mnie. Wyjęłam z torby zdjęcie i usiadłam na łóżku. Jedna łza opadła na twarz mojej matki, więc szybko ją starłam, chowając zdjęcie do jednej z szuflad szafki nocnej. Nie mogłam teraz płakać. W każdym momencie mogła wejść osoba, z którą dzielę pokój, nie chciałam, by zobaczyła mnie w takim stanie. Przynajmniej teraz, kiedy jeszcze jej nie znam. Zajęłam się więc wypakowywaniem reszty rzeczy, by mieć to w końcu z głowy i móc iść się przewietrzyć. Kiedy wkładałam ubrania do szafy, usłyszałam pukanie do drzwi – dobre i to, nie wchodzą bez pozwolenia.
- Proszę – rzuciłam cicho, nie przerywając wykonywanej czynności.
- Witaj, skarbie – cichy i ciepły głos dotarł do moich uszu. Odwróciłam się na pięcie i ujrzałam starszą, drobnej postury kobietę w wyciągniętym, kremowym sweterku. Włosy miała przyprószone siwizną, a okulary co jakiś czas opadały jej na nos.
- Dzień dobry – odpowiedziałam. – O co chodzi? – zapytałam wprost.
- Kiedy skończysz, proszę, przyjdź do mojego gabinetu, chciałabym chwilkę z tobą porozmawiać – wyjaśniła. – Znajdziesz go na końcu korytarza, drzwi będą otwarte – dodała szybko, gestykulując. No to nici ze spaceru.
- Dobrze, pani…
- Smith – rzuciła. – Elisabeth Smith – przedstawiła się, po czym szybko opuściła pokój, dając mi chwilę na ułożenie ostatnich rzeczy.
Kiedy skończyłam podeszłam do okna i otworzyłam je, wychylając się lekko. Przede mną rozciągała się mała łąka, za nią widniał las, który zdawał się nie mieć końca. Gdzieś po prawej stronie polany bawiło się kilka dzieci, to skakali na skakance, to grali w piłkę, a niektóre z nich po prostu stały, przypatrując się innym. Wydawało się, że żyją beztrosko, jak każde inne dzieci, prawda była jednak inna, każde z nich zostało okrutnie doświadczone przez los, z tą różnicą, że ich historie różniły się od siebie. Każde z nich nosiło swój ciężar, inny od pozostałych.
- I co, podoba ci się? – usłyszałam za sobą.
Nie odwróciłam się, dalej wyglądałam na zewnątrz, pozwalając wiatrowi bawić się moimi włosami.
- Wątpię, że takie miejsce podoba się komukolwiek – odpowiedziałam. – Wiem, że niektórzy mieszkają tu od urodzenia, dla nich to ich prawdziwy dom, ale dla nas, dla tych, którzy mieli przedtem inne życie, to miejsce jest jak więzienie.
- Trafiłaś tu dopiero dzisiaj, a już filozofujesz – jej słowom towarzyszył cichy, szyderczy śmiech. – Nie rób tego – dodała jakby ostrzegawczo.
Wypuściłam ciężko powietrze, zastanawiając się, o co jej chodzi, ale nie odezwałam się ani słowem. Zamknęłam po prostu okno i, nie zerkając na nią, wyszłam z pokoju, by porozmawiać z panią Smith.
Weszłam do pomieszczenia i zajęłam miejsce naprzeciwko starszej pani. Przez chwilę patrzyła na mnie, dokładnie studiując moją twarz, by po chwili otworzyć usta.
- Poznałaś już Lauren? – zapytała, ściskając w ręce gumową piłeczkę.
- Moją… współlokatorkę? – powiedziałam, nie bardzo wiedząc, jak ująć osobę, z którą byłam w pokoju. Współlokatorka wydawało mi się dziwnym słowem, zważywszy na miejsce i sytuację.
- Tak – padła krótka odpowiedź.
- Poznałam, jest bardzo serdeczna – rzuciłam z sarkazmem.
- Nie jest ona taka, jak ci się wydaje. Po prostu nie lubi… nowych osób. Mam nadzieję, że później się dogadacie. Ale nie o tym chciałam rozmawiać, raczej o obowiązkach i zasadach tutaj panujących.
- No więc słucham.
- Po pierwsze, nie tolerujemy kłótni, bijatyk, picia alkoholu i palenia papierosów, a już tym bardziej narkotyków. Wiele osób z takich placówek sięga po to, ale nie radzę ci tego robić.
- To zrozumiałe – przyznałam jej rację. Dobrze rozumiałam, że każda z tym opcji jest tylko czasowym „rozwiązaniem” problemów.
- Poza tym, nie wolno się wam posługiwać młodszymi, pomiatać nimi, szanujemy się tu wszyscy, niezależnie od wieku. Teraz kwestia obowiązków. Czasami, gdy pracownicy będą zajęci, albo nie będzie ich tutaj, wy – starsi, zajmujecie się młodszymi, pilnujecie by nic się im nie stało. Dbacie o porządek w pokojach, wiadomo. Cisza nocna trwa od dwudziestej drugiej do szóstej, w tym czasie nikt nie może wychodzić ze swoich pokoi, chyba, że mu pozwolę, rozumiesz?
Skinęłam twierdząco głową.
- To dobrze. I ostatnie… nie wyobrażaj sobie, że będziesz traktowana ulgowo, bo jesteś tutaj nowa, to nie ma nic do rzeczy – dodała. – Teraz możesz się oddalić, chyba, że masz jakieś pytania.
- Nie mam – powiedziałam wstając z krzesła i skierowałam się do drzwi.
Okropna osoba, a wydawała się być taka miła. Cóż, pozory mylą. Musiałam ochłonąć. Weszłam do pokoju, chwyciłam płaszcz, po czym szybkim krokiem wyszłam na zewnątrz, ostrożnie schodząc po śliskich schodach, ktoś powinien posypać je solą bądź piachem.
- Nie myśl, że dalej jest lepiej – wysoki, dobrze zbudowany brunet zmierzał w moim kierunku. Podał mi rękę, pomagając zejść, jako że schody miały kilka stopni i były bez poręczy, szło mi to naprawdę mozolnie.
- Dzięki za ostrzeżenie i pomoc w zejściu – uśmiechnęłam się nieśmiało w jego kierunku.
- Uważaj, żeby dzieciaki cię nie potrąciły, często im się to przydarza.
- Dobrze wiedzieć - zaśmiałam się. – Jestem Lisa.
- Jeffrey. Do zobaczenia na kolacji, tylko się nie spóźnij – rzucił, po czym minął mnie, z wprawą wchodząc po oblodzonych schodach.
Jasne, do zobaczenie na pierwszej, wspólnej kolacji wśród ludzi, których nie znam. Będzie miło. Zwłaszcza, jak będziesz patrzył na mnie jak na pokrakę.
Pokręciłam głową i skierowałam się za budynek, gdzie była ścieżka prowadząca do lasu, chyba jedynego, spokojnego miejsca w tej okolicy. Miasto wcale nie było lepsze, mimo tego, że było małe, to tętniło w nim życiem. Normalnie cieszyłabym się tym. Jeszcze do niedawna lubiłam się bawić, wychodzić ze znajomymi do różnych klubów, tańczyć całą noc, śmiać się z byle powodu nie myśląc o niczym, nie martwiąc się, co przyniesie kolejny dzień. Ale teraz, dzisiaj, jutro, za miesiąc? Kiedy moja przyszłość jest niepewna, kiedy nie wiem, gdzie będę mieszkać kiedy skończę osiemnaście lat? To za bardzo mnie męczyło.